życie (d)ostateczne.

marzec 15, 2008

Czy możemy? Czy mamy prawo? Myśleć o czymś więcej. Liczyć na coś więcej. Na coś lepszego. Nawet kiedy kochamy i jesteśmy kochani. Gdy czujemy szczęście i bezpieczeństwo każdego dnia. I również gdy ich nie ma.

Skąd pewność, że nasz związek to najlepsze, co mogło nam się w życiu przydarzyć? Skąd pewność, że gdybyśmy zdjęli klapki z oczu, wyłączyli wszystkie blokady nie stanąłby nam na drodze okaz jeszcze piękniejszy, pociągający, pasujący, jeszcze bardziej idealny? Okaz bez wad, przyzwyczajeń, rozczarowań, które wyprowadzają nas codziennie z równowagi. Nie chodzi tutaj o nowość i świeżość, która zawsze była podniecająca. Chodzi o tą lepszą połowę.

Gdyby istniała… czy warto ryzykować? Czy zasługujemy na coś więcej? Czy warto być naiwnym? Egoistycznym. Pewnym swojej wartości. Czy istnieje pewien moment dojrzałości, kiedy jesteśmy gotowi pogodzić się z losem lub podjąć wyzwanie?

Odczuwamy ból, gdy w wyobraźni ukochana osoba jest bardziej szczęśliwa u boku kogoś obcego i zabiera nasze dotychczasowe życie. Ale co czujemy, gdy to my stoimy w tym miejscu? My, jako my, nie partnerzy.

Pytam, bo nie znam odpowiedzi.

Kończymy szkołę. Chcemy się uniezależnić, więc podejmujemy pracę. Chcemy zamieszkać we dwoje, więc odkładamy grosze. Marzymy o wielkiej, niepoznanej metropolii. Pragniemy uciec z szarego miasteczka bez perspektyw. Uciec od zła i nudy. Ale cóż się okazuje? Nie stać nas na prywatność jaką są dwupokojowe mieszkania w centrum. Jedzenie wygodniejsze na mieście pochłania tony oszczędności. A dla rozrywki pozostaje jedynie sudoku i monopol. Tutaj pojawia się wielki billboard o nowym, nisko-oprocentowanym kredycie. Tak! Kredyty, pożyczki to dziś główne źródło wszystkich dóbr. Jednak nie tak łatwo jest zdobyć pokaźne sumki na mieszkania. Problem w tym, że droga do bogactwa jest długa. Stałe zarobki, uregulowany stosunek do służby wojskowej… nie wspominając, że od momentu, kiedy zaczniemy pracować przypomni się kredyt studencki… I co nas może uratować? Hm… :) Nic innego, jak małżeństwo. Współodpowiedzialność pozwala nam: przebierać w korzystnych ofertach, wydłużyć czas spłaty, pobierać kilka razy większe sumy, niż gdybyśmy mogli to zrobić bez zgody współmałżonka. Więc na co czekać? Bierzmy ślub, na który wydamy wszystkie oszczędności i zaczynajmy od zera :) Mija się z romantyczną bajką, jaką odtwarzamy w naszych snach, wiem. Szkoda, że wszyscy nie zarabiamy dziesiątek tysięcy złotych ;)

Zniżki na wakacyjne wyjazdy. Niższe ceny za coroczne rozliczenia podatkowe. Sumy podzielne przez 2. Akceptacja społeczeństwa (szczególnie w przypadku posiadania dzieci).

Anything else?

Chyba ulegam środowiskowi w jakim żyje. Zaczynam marzyć o ślubie, jak o życiowym celu. A pomyśleć, że kiedyś nie brałam go w ogóle pod uwagę… Przekonajcie mnie, że coś w tym jest.

świadkowie.

grudzień 10, 2007

Bronię się i bronię przed napisaniem tego pierwszego, prawdziwego posta. Myślę, że najwyższy czas to z siebie wyrzucić. Świadkowie. To niesamowicie trudny wybór, jeśli rzeczywiście zależy nam na odpowiednich osobach. Mają być żywym dowodem zawarcia małżeństwa i jednocześnie zastępować Młodej Parze ich spocone, trzęsące się ręce i uginające się nogi.

Dotąd poznałam dwie postacie świadka.

1. Przytakiwacz. Jego równowaga duchowa pozwala Ci odstresować się. A z drugiej strony wkurza Cię do czerwoności swoim spokojem, kiedy Ty przeżywasz, że zapomniałaś kupić zapasowych pończoch. Cichy, wydaje się być nieśmiały. Nie do końca wie, co robić. Albo ze stresu, albo z obojętności. Potrafi non stop uśmiechać się jak prezenter telewizyjny lub być ponurakiem, który odstrasza. Ma swoje dobre strony - nie narzeka, przytakuje, nie odmówi Ci niczego. Pomoże, ale tylko, jeśli poprosisz, bo brak mu inwencji.

2. Indywidualista. Dusza towarzystwa. żywy, gadatliwy, jego niekonwencjonalne pomysły zaskakują Cię na każdym kroku. I znów: z jednej strony uspokajający swym optymizmem, z drugiej wytrącający z równowagi entuzjazmem. Choć jest roztrzepany i może zapomnieć o Twoich obrączkach, to jednak ma swoje plusy: rozbawia gości i ożywia imprezę.

Żadnego z nich nie faworyzuję. Jak również oczywisty dla mnie jest fakt, że występują wyjątki od popularnych szablonów. Dlatego też spróbuję przedstawić Wam moją wizję świadka na ślub. Miałam okazję poznać parę świadków, którzy byli po prostu idealni do powierzonej im roli. Niesamowicie pozytywni, budowali wokół siebie aurę szczęścia.

Kobieta, czy mężczyzna - bez znaczenia. Przyjaciel od zawsze (dosłownie lub w przenośni). Odpowiedzialny, gdy powierzasz mu odebranie wiązanek i obrączek. Niezastąpiony, gdy korzystasz z toalety nosząc ogromną sukienkę z kołem. Oburęczny, gdy goście obsypują Cię kopertami, kwiatami, całusami, uściskami, życzeniami. Znający Cię na wylot, kiedy chcesz zrobić coś szalonego lub kiedy masz ochotę wyjść z sali niezauważona/y. Rozważny, kiedy wypijesz zbyt dużo. Kreatywny, kiedy zespół zawodzi. Waleczny, kiedy zbieracie na wózek, a nikt nie kwapi się do składki. Obecny obok, kiedy tylko go potrzebujesz. Do płaczu i do tańca.

Patrząc jedynie na te kryteria nieważny jest rodzaj płci. Choć przyjęło się, że najwygodniejszy wybór to przyjaciółka Młodej i przyjaciel Młodego, a do tego para w związku, to jednak na dzień dzisiejszy akceptowane są również dwie osoby płci męskiej, czy żeńskiej. I wcale nie muszą stanowić pary. Pamiętajcie, że nie to jest najważniejsze.

A co Wy o tym?

PS. Powodzenia w robieniu castingu ;)