Kończymy szkołę. Chcemy się uniezależnić, więc podejmujemy pracę. Chcemy zamieszkać we dwoje, więc odkładamy grosze. Marzymy o wielkiej, niepoznanej metropolii. Pragniemy uciec z szarego miasteczka bez perspektyw. Uciec od zła i nudy. Ale cóż się okazuje? Nie stać nas na prywatność jaką są dwupokojowe mieszkania w centrum. Jedzenie wygodniejsze na mieście pochłania tony oszczędności. A dla rozrywki pozostaje jedynie sudoku i monopol. Tutaj pojawia się wielki billboard o nowym, nisko-oprocentowanym kredycie. Tak! Kredyty, pożyczki to dziś główne źródło wszystkich dóbr. Jednak nie tak łatwo jest zdobyć pokaźne sumki na mieszkania. Problem w tym, że droga do bogactwa jest długa. Stałe zarobki, uregulowany stosunek do służby wojskowej… nie wspominając, że od momentu, kiedy zaczniemy pracować przypomni się kredyt studencki… I co nas może uratować? Hm… :) Nic innego, jak małżeństwo. Współodpowiedzialność pozwala nam: przebierać w korzystnych ofertach, wydłużyć czas spłaty, pobierać kilka razy większe sumy, niż gdybyśmy mogli to zrobić bez zgody współmałżonka. Więc na co czekać? Bierzmy ślub, na który wydamy wszystkie oszczędności i zaczynajmy od zera :) Mija się z romantyczną bajką, jaką odtwarzamy w naszych snach, wiem. Szkoda, że wszyscy nie zarabiamy dziesiątek tysięcy złotych ;)

Zniżki na wakacyjne wyjazdy. Niższe ceny za coroczne rozliczenia podatkowe. Sumy podzielne przez 2. Akceptacja społeczeństwa (szczególnie w przypadku posiadania dzieci).

Anything else?

Chyba ulegam środowiskowi w jakim żyje. Zaczynam marzyć o ślubie, jak o życiowym celu. A pomyśleć, że kiedyś nie brałam go w ogóle pod uwagę… Przekonajcie mnie, że coś w tym jest.

Leave a Reply